środa, 2 maja 2018

Guest House

Mały, duszny pokoik. Nie ma okien, jest tylko materac i cienkie ściany. Jestem przekonana, że jednym kopniakiem  z łatwością przebiję się do sąsiada. Zamieszkują go dwie młode dziewczyny, przyjechały wczoraj.
Ile masz lat skarbie? – pytam.
22 – odpowiada jedna.
Nie wierzę im, nie mają dwudziestu. Są bardzo młode. Makijaż, odpowiednie ciuchy i peruki dodają im kilku lat.
Przyjechałyśmy z Johannesburga, tylko na kilka dni, maksymalnie miesiąc – słyszę.
- Wracajcie do domu póki jeszcze możecie – przekonuję. Pakujcie walizki. Nie możecie tutaj zostać. To miejsce was zniszczy.
Są uśmiechnięte, z iskierką w oku. Kiwają głową, że wrócą do domu. Dajemy im numery telefonów i namiary na nasze biuro.
- W razie problemów przyjdźcie do nas- mówimy.
Dobrze że spotkałyśmy je dzisiaj, na świeżo jest większa szansa by uchronić je od zła w jakie pakują swą młodość, myślę.
... Jedną z nich spotykam po kilku miesiącach. Zniknął uśmiech. A oczy? Są martwe, nie ma w nich radości, iskry, życia. Widzę strach, rozbiegany wzrok, jakby w obawie przed czymś lub przed kimś. Już nie mówi o powrocie do domu. To miejsce ją zjadło, zatruło. Gdy przytulam ją na powitanie widzę łzę w oku.
- Mam mnóstwo problemów – mówi.
Nie chce wdawać się w szczegóły. Szybko odchodzi...

              Deborah ma już wnuki. Jest tutaj od kilku lat. Nie wygląda jak babcia z naszych wyobrażeń, która mogłaby siedzieć w ciepłych kapciach i dziergać sweterki na drutach. Nie... Tutaj dzieci pojawiają się znacznie szybciej niż w Europie. W wieku dwudziestu lat możesz być mamą trójki. Pierwsza pociecha zazwyczaj rodzi się zanim mama dosięgnie pełnoletności, więc do czterdziestki z pewnością pojawią się wnuki. Deborah jest z Zimbabwe, nie ma papierów, ani pozwolenia na pracę. Zarobione pieniądze wysyła rodzinie. Nie widziała ich już bardzo długo. Chciałaby być z dziećmi, ale jak? Kto zarobi na ich utrzymanie? Kilka lat temu przyjechała do Republiki Południowej Afryki. Marzyła o innym świecie.
     - Tutaj jest lepsze życie, tu znajdę pracę – myślała.
Minęły lata...

Jessica, 23 lata. Od sześciu lat mieszka w tym zatęchłym miejscu. Zmienia tylko pokoje. Ma dzieci... ktoś... gdzieś się nimi zajmuje. Czy rodzina wie co robi? Nie... Rzadko kto wie czym zajmują się opisywane przeze mnie kobiety.

Gdy po raz pierwszy poznaję Sarę, dzieli pokój z kilkoma innymi dziewczynami. Drzwi wejściowe zamykane na kratę, w środku kilka łóżek, każde przedzielone kotarą - daje to namiastkę  prywatności. Sara jest przyjazna, otwarta, mówi świetnie po angielsku, skończyła szkołę średnią. Na materacu obok leży jej koleżanka, w przeciwieństwie do Sary nie chce rozmawiać. Obok na stołeczku siedzi kolejna, jest już po kilku piwach. Pierwszych kilka minut chce pokazać jaka jest twarda. Poznałyśmy się kilka tygodni temu, gdy była trzeźwa. Teraz udaje, że ma życie pod kontrolą. Patrzę jej w oczy i przytulam. Ten, wydawałoby się mały gest sprawia, że łzy lecą jej po policzkach, cała zbroja ukrywająca emocje opada. Na trzeźwo nie pokazałaby łez, tutaj musi być twarda.
Oprócz dziewczyn, kotar, które przedzielają łóżka, okratowanych drzwi i okien, oprócz handlarza narkotyków, o którym później i karaluchów, które nie boją się ludzi, na łóżku Sary leży ktoś. Nie byle kto. Mały człowieczek zapakowany jedynie w pieluszkę. Jest piękny. Ma siedem miesięcy, na imię mu Erick. Pomimo zaduchu i braku świeżego powietrza on śpi spokojnie. Za chwilę otworzy swoje piękne, duże, czarne oczy. Biorę go w ramiona. Patrzy na mnie z zaciekawieniem. Nie płacze. Jest za malutki, by zrozumieć gdzie mieszka i co dzieje się dookoła. A może się mylę? Może obecne otoczenie rzeźbi bruzdy w jego niewinnej psychice?
   

Tak zwane "Guest House’y" to w rzeczywistości burdele, gdzie każdego dnia młode dziewczęta i dojrzałe kobiety sprzedają swoje ciała. Kilku, może kilkunastu klientów dziennie. Stoją w bramie lub całymi dniami przesiadują na małych stołeczkach na chodniku. Mini spódniczki, wydekoltowane bluzki. Zakratowane drzwi, duszne pokoje, kotary zamiast ścian, karaluchy. Niechciane ciąże... Ja nie widzę w nich "dziwek". Ja widzę ofiary złych wyborów, niełatwej rzeczywistości, braku wyjścia, nałogu, pułapki jaką jest prostytucja, niekiedy ofiary handlu ludźmi.
Niekiedy zaczyna się niewinnie. Kilka drinków w barze.
Przecież świetnie się bawię... za nic nie płacę... a seks? To tylko zabawa.
W zamian za seks mam opłacony wieczór
Hmmm...Chwileczkę, zamiast drinków, mogę zażądać czegoś więcej. Może nowe ciuchy?
Jeśli tak chętnie kupują mi rzeczy, to może poproszę o pieniądze?
Nawet nie wiedzą kiedy lądują na ulicy, w obskurnym hotelu, uzależnione, ograbione z godności. Mijają lata. Nie mają już marzeń, nie pamiętają kim chciały być kiedyś. Nie planowały tego. Nie chciały. Nikt nie marzy o takim życiu. Czas zrobił swoje. Ktoś musi wykarmić dzieci. Ojciec nieznany. Rodzina nie wie co robią. Myślą że pracują poza miastem, wracają na weekendy, coraz rzadziej i rzadziej. Później wysyłają już tylko pieniądze. Z pozoru łatwy pieniądz nie daje satysfakcji. Nie są w stanie oszczędzić ani grosza, chcą wydać brudną kasę. By poradzić sobie z rzeczywistością sięgają po alkohol, narkotyki. Mijają dni, miesiące, lata... Nie umieją już żyć inaczej. Ulica złamała ich godność. W większości są twarde jak kamień. Byle tylko nie pokazać emocji, nie pokazać że cierpią. Nikt nie może zobaczyć ich łez.

            Każdego tygodnia z grupą misjonarzy wychodzimy na ulicę. Wiemy, że te dziewczęta, młode kobiety, matki, niekiedy babcie potrzebują miłości. Potrzebują nadziei i zachęty na lepsze jutro. Nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa.

            Christa nie patrzy nawet w moje oczy. Gdy tylko widzi że zbliżamy się do „jej” bramy, zabiera stołeczek i siada najdalej jak się da. Nie chce z nami rozmawiać, ani mieć cokolwiek wspólnego. Mijają miesiące. Pewnego dnia coś się zmienia. Na jej twarzy, ciągle z pozoru poważnej, zagościł uśmiech.
- pomódlcie się o mnie – mówi.
Na koniec otwiera ramiona by dostać przyjacielski uścisk. W tym otoczeniu, trudno o taki. Te małe „zwycięstwa” sprawiają że to co robimy ma sens. Christa już nie ucieka na nasz widok. Już nie rzuca piorunami z oczu. Wierzę że przyjdzie dzień, gdy nie ujrzę jej więcej w bramie.
Chciałabym nie ujrzeć żadnej z nich. Każda z nich marzy o innym życiu. Wierzę że pewnego dnia, uwierzą w siebie i z pomocą innych zrobią krok by wejść na inny tor.

     Pewnego dnia, zza zasłony jednego z pokoi wychyla się mężczyzna. --Pomódlcie się o mnie – mówi.
- O co mamy się modlić? – pytam.
- Jestem handlarzem narkotyków, nie chcę już tak żyć...
W jego oczach widać desperację.
Każde nasze słowo dodaje mu otuchy. Oddaje życie Bogu, wierzy że On może zmienić jego okoliczności.
- Miej oczy otwarte na nowe rzeczy – mówię.
Nie zawsze widzimy owoce w trybie natychmiastowym. Tym razem było inaczej. Po tygodniu koleżanka widzi go na ulicy. Jego twarz jest jakaś inna, jaśnieje, jest pełna radości i pokoju. Nie handluje już narkotykami, nie mieszka w zatęchłym hotelu.
Takie historie jak te zachęcają by nie przestawać, by wychodzić w miejsca te najbardziej opuszczone, te w których zgasło dla wielu światło, by wyciągać dłoń do tych, którzy stracili nadzieję. W końcu nie zdrowi, lecz chorzy najbardziej potrzebują lekarza.










niedziela, 11 lutego 2018

Dwa kilogramy szczęścia

1 luty 2018 roku, druga w nocy – zaczęło się. Nie budzę jednak Michała, wiem że przed nami jeszcze wiele godzin. Pomimo zmęczenia nie mogę już zasnąć, może na kilka minut przymyka mi się oko. Około czwartej, mój coraz cięższy oddech budzi mojego męża. Zaczynamy odliczanie. Pomiędzy uderzeniami bólu wciąż mam kilkanaście minut przerwy. Około piątej postanawiamy ruszyć w drogę.
- Nie jedźcie jeszcze, nie chcecie utknąć na korytarzu, na niewygodnych ławkach. Przed wami ciągle wiele godzin oczekiwania. Wracajcie do pokoju, nabierajcie sił, zaraz do was przyjdę – mówi Catherine, długoletnia misjonarka z Belgii.
Po chwili przychodzi, a wraz z nią odgłosy budzących się ptaków. Uczy mnie jak oddychać, na co zwracać uwagę, jak rozluźnić spinające się niepotrzebnie mięśnie, masuje mi plecy.
Z kuchni zaczynają dobiegać wspaniałe zapachy. Dzisiaj czwartek więc między kulturowe śniadanie misjonarzy. Jedna z mam naszych dzieci w wiosce opowiada o różnicach, zwyczajach i obyczajach obowiązujących na tym kawałku czarnego lądu. Chciałam zrobić naleśniki, ale w tych okolicznościach mam usprawiedliwienie. Jestem głodna, siadam na wygodnym fotelu, Michał w przerwach coraz bardziej przeszywającego bólu podaje mi małe kawałki różnych pyszności. Już nie mogę skupić się na rozmowie. Nabieram sił, wiedząc że będę ich potrzebować. Jesteśmy tutaj jak rodzina, więc nikt nade mną nie panikuje, nie użala się. To co się teraz dzieje to najnormalniejsza kolej rzeczy. Około dziesiątej bóle, w regularnych odstępach czasu nabierają na sile. Pakujemy się do Catheriny samochodu i ruszamy do oddzielnego od nas o 30 kilometrów Nelspruit.

...

Początek maja 2017 roku. Jesteśmy w krainie bocianów. Przy każdym domu jest ich kilka, są miejsca, gdzie te piękne latające stworzenia przewyższają ilościowo ludzi. Mazury... to tutaj spędziliśmy kilka cudownych miesięcy zanim powróciliśmy do Afryki. Pięknego wiosennego dnia patrzę w lustro i czuję się inaczej. Czuję się kobietą bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wszystko mi się we mnie podoba. Psychicznie czuję się silna. Nie, nigdy nie byłam depresyjna lub niezadowolona z tego kim jestem, ale teraz wszystko jest jakby wyraźniejsze, pełniejsze i obfitsze. Coś się zmieniło. Ogórki małosolne z Michasiowej produkcji smakują lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Obfite śniadania rozpływają się w ustach.
- Zrób lepiej test – mówi Monika, koleżanka pracująca w folwarku, który zamieszkujemy.
Pierwszy nie wychodzi, pojawia się jakiś błąd.
Tego samego dnia kupuję kolejny. Dwie kreski, zgadza się, wiedziałam, jestem w ciąży !
Boćki wraz z młodymi wylecą do Afryki z końcem sierpnia.
- Spotkamy się na miejscu – wołam pewnego dnia masując się po brzuchu i patrząc na bocianią rodzinkę.
Moi czerwononodzy przyjaciele wylecieli, po dwóch tygodniach ruszyliśmy w ich ślady.

...

          - Czy wiecie co to będzie ? – pyta nas w kościele w dniu naszego pożegnania nieznajoma kobieta.
- Nie wiemy
- Być może zabrzmi to dziwnie, ale Bóg mi powiedział, że jest to dziewczynka a jej imię będzie Nel.
Wybuchamy z Michałem gromkim śmiechem. Pani patrzy na nas ze zdumieniem.
- Nel, to jedyne imię jakie bierzemy pod uwagę. Zastanawiałam się, czy oby to słuszny wybór, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Teraz wiem, że to nie przypadek – wyjaśniam.

...

         W piątym miesiącu ciąży Nel przylatuje z nami do RPA. Jej obecność nie przeszkadza w misjonarskim życiu, w którym na nudę i brak zajęć nie narzekamy. Upał nie doskwiera, uczucia mdłości, zgagi, opuchniętych stóp, czy zachcianek są mi obce.
- Jak to możliwe – dziwią się towarzysze misji.
- Łaska, moi drodzy – mówię z uśmiechem na twarzy.

...

Koniec stycznia 2018 roku. Tuż obok naszej dziecięcej wioski krążą boćki.
- To nasze boćki z mazur – krzyczymy z radością.
31 stycznia dwa z nich siadają na najwyższym z drzew.
- To dziwne – mówi Comella – jedna z misjonarek. – One nigdy tu nie przylatywały. Wygląda jakby przybyły specjalnie dla was. Zapowiadają przyjście Nel.

...

          1 luty, dojeżdżamy do państwowej kliniki w Nelspruit, która jeszcze do niedawna znajdowała się na Nel Street (ulica Nel). Mieliśmy rodzić w państwowym szpitalu, gdzie personel nie pała miłością do mężczyzn przebywających na oddziale, gdzie kobiety w bólach oczekują na korytarzu i gdzie ilość rodzących w jednym pokoju jest większa niż bym tego chciała. Wykopali nas jednak stamtąd, nie wiedząc nawet dlaczego.
- Musicie jechać do kliniki – słyszymy kilka dni wcześniej. – W razie komplikacji przywiozą was do nas.
- Ok, może to i lepiej – myślimy.

Około 11 rano wchodzimy do kliniki. Udajemy się na pierwsze piętro gdzie znajduje się oddział położniczy. Ku naszemu zaskoczeniu jest zupełnie pusto. Nie ma nikogo. Położna prowadzi nas na salę. Nie ma najmniejszego problemu by Michał i Catherine byli ze mną. Sala jest jasna, przytulna, cała dla nas. Jest cisza i spokój, w tle rozbrzmiewają dźwięki spokojnej muzyki, którą włączyła Catherine. Co kilka minut słychać mój wzmożony oddech. Pomiędzy skurczami nabieram sił, odpoczywam. Towarzyszy mi pełna koncentracja i gotowość na przyjęcie kolejnej dawki uderzeniowej bólu. Na tym etapie to nie łagodny ból, ale przeszywające na wskroś monstrum.
Michał przytrzymuje mi głowę, Catherine spokojnym tonem mówi o oddechu, przypomina o mięśniach. Ich obecność jest bezcenna. Michaś przynosi wodę, czasami zadaje pytania, ale ja już nie mogę odpowiadać. Oszczędzam energię, a każde słowo wydaje mi się wielką jej stratą. Nie ma krzyku, który często widywałam na filmach. Jest oddech i przyjmowanie kolejnej fali skurczu. Czy boli? Jasne. Ale wiem, że nic nie mogę z tym zrobić.
- PRZYJ !!! – słyszę równocześnie okrzyk Catherine i położnej.
- PRZYJ !!! – pojawia się jeszcze dwu, może trzykrotnie.
Zanim cała wyszła z mego łona już wydobyła z siebie pierwszy wrzask, bardzo silny i donośny.
Nel, najcenniejszy dar jaki otrzymałam, przyszła na świat 1 lutego o 13:23 czasu południowoafrykańskiego.
Zostajemy sami. Michał siedzi w fotelu, my śpimy, ja z Nel ułożoną na mym brzuchu.

          Wieczorem wracamy do domu. Na najwyższym z drzew siedzą nie dwa, ale trzy bociany. Czekają na nas. Witają naszą trójkę .

Nigdy więcej już się nie pojawiły...




 
































sobota, 9 grudnia 2017

Przedświąteczne zakupy

           Śpiew ptaków słychać przez trzynaście godzin na dobę. Swój główny koncert grają tuż przed wschodem słońca. Około 4:30 każdego ranka budzą świat do życia, mnie również. Nie umiem zliczyć ilości egzotycznych gatunków, które tuż obok naszego okna wyśpiewują swe poranne arie. Od kilku dni słychać rownież krople bijącego o dach deszczu. Wraz z nastaniem lata, przyszła pora deszczowa. Są tego duże plusy.
- Nie muszę podlewać ogródka – przeciąga się o świcie zadowolony Michał.
Dopiero tutaj odkrywam wielką ogrodniczą pasję mojego męża. Z radością biega rano do swoich roślinek i szuka pierwszych plonów z zasianych przez siebie warzyw. Jest już szczypiorek, koperek, widać małe ogóreczki i cukinie. Poranki są bardzo spokojne. Zanim wpadniemy w wir codziennego życia, które pomimo braku nudy i rutyny, ma swoje powtarzające się punkty programu, popijamy najlepsze cappucino w tej części świata, które przyżądzam, nieskromnie powiedziawszy - ja.

          Ta sobota jest inna niż wszystkie. Od rana kroję ziemniaki, podsmażam cebulkę, gotuję jajka. Powstanie z tego wielka micha sałatki. Wczoraj dostarczyliśmy składniki do domów w naszej szczęśliwej wiosce, zamieszkałej przez ponad dwudziestkę dzieciaków oraz trzy mamy, z których każda zajmuje się swoją rozbrykaną gromadką. Jeden dom przyżądza wielki gar papy – czegoś w rodzaju purree z mąki kukurydzianej. Drugi gotuje ogromną porcję ryżu. Trzeci chakalakę, czyli słodko-ostry sos z papryki, fasoli, marchewki, pomidorów i innych pyszności. Nasza amerykańska misjonarka szykuje zdrowe przekąski, a nasza fińsko-norweska para zieloną, świeżą sałatę. Siyabonga, nasz dzielny południowoafrykański brat wyłania się od czasu do czasu z kłębów dymu, smażąc na grillu góry ulubionego przez wszystkich mięsa.
Poczwórne urodziny członków naszej afrykańskiej rodziny to wystarczający powód, by kupić kilka tortów, zaprosić mnóstwo gości, objeść się do syta i sprowadzić dmuchany zamek. Miała być wodna zjeżdżalnia, ale pogoda zadecydowała inaczej. Termometr wskazuje nieco ponad dwadzieścia stopni, to zdecydowanie za zimno, by ktokolwiek z towarzystwa zechciał zamoczyć chociażby czubek dużego palca w zimnej wodzie. Rozpoczęły sie już rozgrywki w piłkę nożną. Chłopaki szaleją na boisku, ganiając za kolorową piłką. Maluchy i nie tylko, skaczą niezmordowane po zamku, wydając przy tym odgłosy piskliwego zachwytu. W momencie pojawienia się garów z jedzeniem, nikogo nie trzeba wołać. Dzieciaki same ustawiają się w kolejkę po swoją porcję pyszności. Tutaj, pomimo barku jakiegokolwiek problemu z żywnością i pełnych brzuszków naszych pociech, nikogo do jedzenia nie trzeba namawiać. Najpierw pełne talerze dostają najmłodsi. Zajadają ze smakiem. Potem goście i cała reszta. Impreza kończy się gdy przygasa słońce. Zaczyna kropić. Uwijamy się ze sprzątaniem, by uciec przed ulewą. Udaje się. To był wspaniały dzień.

           Często mamy nieproszonych gości w domu. W naszym pokoju, jak we wszystkich innych, mieszkają gekony, takie małe jaszczurki. Póki są wysoko przy suficie, nie przeszkadzają mi. Jak przekroczą teren naszej prywatności i zbliżą się do łóżka, muszą zginąć. Prawo dżungli. Nauczyliśmy się żyć razem. Zjadają insekty, więc ich obecność jest dość przydatna. W kuchni zdaży się jakiś szczuro lub myszobodobny osobnik. Ten ginie bezdyskusyjnie w pułapce, kusząc się na zanurzoną w maśle orzechowym psią karmę.
Tej niedzieli mieliśmy innego nieproszonego gościa, takiego którego nikt nie chce spotkać. Wracając w południe z kościoła, po atrakcjach dnia poprzedniego, jedyne o czym marzę to zjeść resztki pysznych sałatek i rzucić się na łóżko. Otwieram drzwi domu i widzę rozsypane w korytarzu torby. Moja pierwsza myśl o spieszącej się gdzieś współlokatorce, która wybiegła z domu, zostawiając za sobą bałagan, okazuje się naiwna. Po kilku sekundach Michał wyprowadza mnie z błędu.
- Mieliśmy włamanie! - krzyczy.
Pomimo lekkiego szoku, no bo jak to możliwe... są szczekające psy, jest ochrona...mam w sercu pokój. Z jednej strony czuję się paskudnie, ktoś przewalił wszystkie moje rzeczy,z drugiej strony wiem, że nerwy już nic nie pomogą. Sprawdzają się moje najgorsze obawy. Oprócz tableta i laptopa, zabrali również aparat. Nie, nie był najlepszy, nie był najdroższy, ale był mój i przejechał ze mną siedemnaście afrykańskich krajów i około dziesięciu europejskich. Był ze mną na pustyni i nad wielkimi wodami. Palił go żar słońca i zraszała oceaniczna bryza. Był ze mną w odległych, zapomnianych, maleńkich wioskach w buszu i dużych, zatłoczonych stolicach. Był zawsze na moich kolanach, w nogach, na ramieniu lub za plecami, umocowany z tyłu naszego motoru. Dużo razem przeszliśmy. Tak... chciałam mieć nowy i lepszy, ale cieszyłam się z tego staruszka po przejściach i dbałam o niego jak o najlepszy model na rynku. Lista utraconych przez nas rzeczy jest długa. Mimo tego, są to tylko rzeczy. Są ważniejsze kwestie. W dużej mierze zależy od nas czy damy sie z nich ograbić. Są nimi miłość, dobroć, wiara i nadzieja. Jest też uprzejmość, cierpliwość, radość i gościnność. Niech one wypełniają nasze wnętrza. Możemy zanurzyć się w bagienku narzekań i przekleństw, a możemy iść dalej do przodu z uśmiechem na twarzy, kochając Boga, ludzi i świat. Wybieramy to drugie. Wybraliśmy tego samego dnia... zanim zgasło słońce.

Świąteczne zakupy – tak żartobliwie określa się tutaj listopadowe i grudniowe włamania. Przecież trzeba kupić prezenty, trzeba mieć wystarczająco by zastawić stół. Piękno Świąt Bożego narodzenia przeradza się w zbiorową, ogólnoświatową sraczkę. W lawinę wymogów i przymusów narzuconych przez co? Przez kogo? Świąteczny nastrój pokoju i radości zmienia się w konsumpcyjną gonitwę. Wypruwamy sobie flaki i wyrywamy żyły, by przyrządzić góry jedzenia, rozchorować się z obżarstwa, przytyć trzy kilo, a od stycznia przejść na morderczą dietę, nie pamiętając w ogóle, o co w tych świętach chodzi. Zapożyczamy się, by obowiązkowo kupić dużo prezentów, które prawdopodobnie wylądują na dnie dużej szafy. Więcej rzeczy, więcej plastiku, więcej, więcej... No bo tak. Bo tak trzeba. Taka tradycja. Kiedy już tak się obeżremy, zapożyczymy, zamordujemy trzy razy w kuchni... stwierdzimy, że świąt nie lubimy...
Oczywiście to czysto abstrakcyjne, wyssane z kciuka bajki. Święta. które zna każdy z nas to takie gdzie okazujemy sobie miłość. Gdzie nawet przy skromnie zastawionym stole jest pokój. Gdzie z radością upieczemy ciastka. Gdzie zaprosimy dawno niewidzianego, samotnego sąsiada na herbatę. Gdzie uśmiechniemy się i porozmawiamy z panią z kiosku pod blokiem. Gdzie zatrzymamy się w codziennej gonitwie, by poczytać z dziećmi bajkę. A może kupimy obiad bezdomnemu? Bez konsumpcji i zbędnych wydatków. Bez zapożyczania się, bez przymusu, bez świątecznej bieganiny z moich wyimaginowanych futurystycznych wyobrażeń. Niech takie święta będą i w tym roku.

Ściskamy Was kochani, niech grudzień i cały następny rok wypełniony będzie dobrocią. Wesołych Świąt Bożego Narodzenia. Do usłyszenia wkrótce.


























środa, 25 października 2017

Powrót na Czarny Ląd



            Minął rok odkąd opuściliśmy czarny ląd. Nigdy nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji w naszym życiu. Po dwóch i pół roku podróży, po przejechaniu siedemnastu afrykańskich krajów, mieliśmy wrócić tylko na chwilę.
- Miesiąc wystarczy, by załatwić formalności wizowe – mówiłam we wrześniu 2016 roku, kiedy żegnając się z mieszkańcami wioski, pakowałam swoje manatki.
Nie wystarczył.
- Wasze podanie o wizy zostało odrzucone – usłyszałam w słuchawce miły głos pani Kasi, która reprezentując ambasadę RPA, w przeciągu ostatniego roku, okazała się naszym częstym telefonicznym rozmówcą.
Dużo papierów, odwołań, telefonów, wizyt w ambasadzie…
- Po co tu przychodzicie!? - usłyszałam miesiąc temu, kiedy po dwóch dniach przesiadywania w ambasadzie, ktoś raczył z nami porozmawiać.
- Wyjaśnić i dowiedzieć się jak postępy w naszej sprawie – odpowiadam najuprzejmiej jak się da.
- Nie macie prawa tu być, zastraszacie nas! – słyszę wściekły głos mojego afrykańskiego brata.
- Chciałam sprawdzić, czy Pani konsul otrzymała wszystkie, wysłane przez nas ostatnio dokumenty, przez telefon wyglądało na to, że nie – wyjaśniam lekko skołowana zachowaniem pracownika ambasady.
- Czy ty kogoś oskarżasz?! Uważaj co mówisz! - słyszę z ust kipiącego złością rozmówcy.
- Czy ja jestem w ukrytej kamerze, która sprawdza poziom mojej cierpliwości? - myślę, gryząc się w język, by nie powiedzieć już nic więcej.
- Proszę zrozumieć… czekamy już prawie rok… nikt nie chce nikogo obrażać, a tym bardziej oskarżać – wydobywam z siebie ostatnie zdania, wiem jednak, że jakakolwiek dalsza rozmowa nie ma sensu, a każde kolejne słowo może zostać użyte przeciwko nam.
- Wasza sprawa jest nietypowa, nikt wcześniej nie aplikował o tak długą wizę wolontariacką, czekamy na instrukcje od przełożonych, nie wiem ile może to potrwać, nie przychodźcie tutaj, jak was o to nie prosimy – słyszę.
Opuszczamy ambasadę. Wiem jedno, więcej tu nie wrócę, chyba że tylko po odbiór paszportów. Już nie ważne czy z wizami, czy bez.
- Jest początek września, jeśli do końca tego miesiąca nic się nie wyjaśni, zostajemy w Polsce – uzgadniamy jednomyślnie. - Już dość czekania.


Siedzimy na plaży. Tak bardzo chciałam pojechać nad nasze polskie morze. Nie wiem ile to już lat, kiedy po raz ostatni zamoczyłam palec w Bałtyku. Pełnia sezonu nie byłaby szczytem moich marzeń. Upał i tłumy urlopowiczów zadusiłyby moją miłość do swobodnych spacerów, spokoju i rozkoszowania się szumem fal. Wrzesień to co innego. Nie pałam nienawiścią do hasających po piasku plażowiczów, nic z tych rzeczy. Jeśli mam jednak wybór, wolę przestrzeń, spokój i cichych emerytów. Nie...nie jestem taka stara. Lata swego młodzieńczego szaleństwa mam już po prostu za sobą. A może to chwila ciszy przed szykującą się zmianą?
Michaś szuka dla mnie bursztynów, już kilka ma. Pomimo słońca, bluza o tej porze roku wskazana. Dzisiaj też pojedziemy na wycieczkę rowerową. Posiedzimy na molo, poczytamy książki, pogapimy się na statki. Te wszystkie małe rzeczy sprawiają, że jestem szczęśliwa. Wieczorem zjemy kolację z rodzicami - to dla nich i dzięki nim tu jesteśmy. Nie wiemy czy to tylko krótkie rodzinne wakacje, czy pożegnanie. Spokojne śniadanie w sanatoryjnej stołówce przerywa telefon. Rozmowa krótka i na temat. Michaś odkłada słuchawkę, patrzy na mnie i mówi:
- Wracamy do Afryki.
Ja z wrażenia otwieram szeroko buzię. Po policzkach mojej mamy spływają łzy - nie ze szczęścia.
- Przyjedziemy za rok – uspokajam.


Godzina 10:30, słońce powoli przygrzewa wyziębioną po nocy ziemię. Jest wiosna, pochmurne dni nie należą do upalnych, dla większości mieszkańców jest dość chłodno, dla mnie idealnie. Wiem, że lada moment przyjdzie lejący się z nieba żar, więc cieszę się stopniową zmianą klimatu.
Gawędzimy z nowo poznanymi osobami. W większości żartujemy, wybuchając salwą śmiechu. Wszyscy przyjechali o 7:30 rano, my godzinę później… Szkoła uwielbienia, czyli śpiewu i gry na instrumentach miała ruszyć o świcie. Mija pierwsza, potem druga i trzecia godzina ... ciągle nic się nie dzieje. Pamiętam jak dwa lata temu nie byłam w stanie zrozumieć tych niewytłumaczalnych opóźnień w czasie.
- Brak szacunku! Skandal! Jak w ogóle można tak funkcjonować!? - oburzałam się patrząc na organizatorów różnych wydarzeń.
Teraz nawet nie przejdzie mi przez myśl, by puszyć się jak wściekła kura. Rozpocznie się jak się rozpocznie. Nikt nie umrze, nikomu włos z głowy nie spadnie. Czuję się jak w domu. Jest dobrze.
Witaj Afryko ! Wróciliśmy !


Niedziela rano, pakujemy dzieciaki na pakę ciężarówki i jedziemy do lokalnego kościoła. Ojjj...tam się dzieje. Ni jak nie przypomina on kościołów, z którymi większość z nas miała kiedykolwiek styczność. Jest gwarno, radośnie, tańce i śpiew. Trzeba mieć niezłą kondycję, by dotrzymać kroku zespołowi uwielbienia, który szaleje na scenie i skacze niczym podczas treningu fitness. Pisząc „dzieciaki”, mam na myśli te z dziecięcej wioski, w której mieszkamy. Jest ich prawie trzydziestka. W większości nas pamiętają. To właśnie to miejsce opuściliśmy dokładnie rok temu. Są też nowe twarze, najczęściej maluchy. Co dziecko to inna historia, inny przypadek, inny powód zamieszkania tutaj. Czasami śmierć rodziców, niekiedy przemoc w domu, alkoholizm lub ciężkie warunki życia. Tutaj są bezpieczne, mają kochające mamy, rodzeństwo i nas. Nie, nie jesteśmy spokrewnieni więzami krwi, ale nie przeszkadza to, byśmy, pomimo różnorodności kultur, pochodzenia i bagażu jaki za sobą niesiemy, stworzyli rodzinę. Na naszym misyjnym pokładzie, oprócz mamek, rodowitych Afrykanek mieszkających z dziećmi, mamy wspaniałych ludzi z Finlandii, Norwegii, Belgii, Ameryki, RPA i Polski. Barwna kombinacja.


Michał zdmuchuje kurz z naszego motoru, na którym rok wcześniej przejechaliśmy Kenię, Tanzanię, Mozambik, Swaziland, aż dotarliśmy tutaj. Rozmontowuje uchwyty na bagaże, nie będą już potrzebne. Wskakujemy na grzbiet „czerwonego tygrysa” i ruszamy przez okoliczne wioski. Wracają wspomnienia, uśmiech nie znika nam z twarzy.
- Jedźmy jeszcze dookoła tej góry – mówi podekscytowany
- Skręćmy w tą drogę – dodaję po chwili
- A pamiętasz tamten dzień kiedy… i jak zakopaliśmy się kilkakrotnie w piachu … i jak czekaliśmy na konwój policji… a te słonie i żyrafy?
Możemy wspominać tak cały dzień. Nie tylko podróż motorem, z którego podziwialiśmy piękno Afryki, ale również dwuletnią podróż Rainbow Truckiem, naszym busem, którym przemierzyliśmy dziesiątki tysięcy kilometrów afrykańskich dróg.
Bus był naszym domem, schronieniem, miejscem odwiedzin przez tubylców. Motor dał nam inny rodzaj przygody, setki nocy spędzonych w małych, lokalnych hostelikach, setki potraw zjedzonych w przydrożnych barach i setki przepięknych widoków, które z motoru wyglądają inaczej niż z miejsca pasażera dużego busa. Wszystko miało swój czas i rozwijało się w idealnie dobranym dla nas momencie.
Nadchodzi jednak nowe, inny sezon, inny rozdział, kolejne wspomnienia, kolejne dni, tygodnie i miesiące do spisania. Będzie inaczej, to na pewno. Jesteśmy w innym miejscu- duchowym, emocjonalnym i mentalnym. Inaczej też patrzymy na kontynent, na którym nasza stopa po raz pierwszy stanęła we wrześniu 2014 roku. Nie mięliśmy pojęcia co nas wtedy czeka. Nie mieliśmy doświadczenia, przygotowania ani wyobrażeń. Nie wiedzieliśmy jak długo będziemy przechodniami na tak odmiennym dla nas kontynencie. Nie wiedzieliśmy jakie kraje i kiedy.
Na pewno nie spodziewaliśmy się, że naszym domem stanie się Republika Południowej Afryki. Na jak długo? Tego też nie wiemy. Wiemy jedno, na tę chwilę jest to dobre.


Pozdrawiamy Was kochani i do usłyszenia wkrótce.


Dzień w którym dostaliśmy wizy, Ustka

Okolice naszej wioski gdzie mieszkamy

Mamy dwa super psiaki, Bella i Fibi


Obrazki podczas moich spacerów.

Pierwsza przejażdżka na naszym motorze

Niedzielna wyprawa do kościoła.



Razem z Jonem, misjonarzem z Norwegii i naszymi dzieciakami, Kona i Paul.

Nasze okolice


Nasze okolice, gdzie chodzę na spacery.

W naszej dziecięcej wiosce - Michael's Children Village. Na zdjęciu Noni.
Nasza super ekipa : Catherine z Belgii, Mama Lindiwe z RPA, Tanya z RPA, My ;-), Elina z Finlandii, Jon z Norwegii, mama Gi z RPA, mama Martha z RPA, Siyabonga z RPA, Comella z Ameryki i Pindile z RPA.


sobota, 22 kwietnia 2017

Polska

...
            Słyszę rżenie koni, głodne, zaraz Michał je nakarmi, potem wybiegną na rozległe łąki, porośnięte świeżą trawą. Pierwsze promienie wkradają się na taras starego domu. Jest chłodno, ale wychodzę opatulona swetrem i wystawiam buzię na poranne słońce. Słyszę koguta, kury i gęsi, zaraz wyjdą w poszukiwaniu robaków. W powietrzu unosi się śpiew ptaków. W ciągu dnia, pod moim oknem spacerować będą dwie owce, nierozłączne, puchate, białe kulki. Czarny kociak ociera się o nogi, mruczy na przywitanie. 
...

JUŻ NIEDŁUGO UKAŻE SIĘ NASZA KSIĄŻKA!!! 
Tą i inne niesamowite historie z naszej dwuletniej przeprawy przez kilkanaście krajów afrykańskiego lądu będziesz mógł zabrać do domu. Poznasz w niej nasze życie, cudownych, napotkanych po drodze ludzi, poznasz smaki i zapachy Afryki. 

Pozdrawiamy Was serdecznie i już wkrótce szukajcie nas w księgarniach !



W ŚWIECIE BANIEK

film




















STARY MAZURSKI FOLWARK